Władysław Stanisław Reymont Dola


Zimna i mokra jesień, smutek, ołowiane chmury, wiatr. Październik, ruiny wsi i potrzaskane lasy. Popalone sady i kościoły w ruinach. WOJNA – kraj jest smutny jak cmentarz. Pola poryte i splugawione wśród resztek zgliszcz, mordu i pożarów. Śmierć wyje pieśń potęgi! Na wschodzie płonęły jeszcze wsie i dwory. Słychać armaty. Uciekający oszalały tłum ludzi i wozów, inwentarz i zdziczałe psy – Byle dalej! Czasem kawaleria na oślep, czasem samochód.

Ludzie obdarci i głodni w ponurym milczeniu, twarze skamieniałe w męce i rozpaczy – śpią w rowach, żywią się resztkami gnani jak zwiędłe liście przez wiatr.

Nagle ogromny pies zawraca z kolumny – oszalały. Podobno widziano jak pił ludzką krew – wciąż szuka swoich. Wreszcie trafił na ślad i pognał do wsi za wzgórze, znalazł tylko ruiny, rowy, sieci drutów kolczastych, białe krzyże. Nigdzie śladu człowieka i schronienia. Strach i wycie przyciągnęły wrony, on leży jak nieżywy. Zerwał się i pobiegł pod krzyż, skowyt głodu. Nagle poczuł zapach domów i ludzi – nędzarze pod resztkami wieży kościelnej. Pieką kartofle, kobiety i dzieci odpędzają psa. Potem próbują przywołać, ale pies nie podchodzi, bo patrzą jak na jedzenie. Pies ucieka raniony prętem, stadko wron leci nad nim pod krzyż – pada deszcz. Blaszany Chrystus rozbity kulami zdaje się wołać – ‘Panie, Panie, czemuś mnie opuścił’? Daleko bija armaty zbijając trumny wszelkiego żywota.

by Adam Mac Swan