Stefan Żeromski Doktor Piotr


Pokój Dominika Cedzyny ciemny i cichy – starzec nie śpi, myśli – śmiertelna cisza, księżyc, szron na oknach. Słychać świerszcza i stary zegar. Nawałnica ponurych myśli i tylko szmery przynoszą ulgę. Bojaźń i żal bezsilny. Zapala i gasi zaraz świecę, ale zobaczył list od syna – źródło męki.

Marzenia Piotra legły w gruzy z powodu talentu do matematyki – wolałby paść krowy lub świnie. Jego profesor otrzymał zaproszenie dla jednego studenta do kierowania zakładem w Hull. Płaci 200 franków miesięcznie. Tęsknota za krajobrazem rodzinnym, wierzbami i wróblami. Czy te wzgórza są tam jeszcze? Pytanie godne doktora Piotra Cedzyny.

Pan Dominik kolejny raz rzuca list – dlaczego pisze rzeczy sentymentalne? Czemu nie słucha? Dlaczego nie wraca? Przy protekcji znajdzie pracę i posażną pannę. Człowiek nie może żyć i pracować, jeśli ktoś nie żył przed nim i nie pracował dla niego. To OJCIEC. Wychowanie zaczyna życie, a dziedzictwo je uzupełnia. Ono spaja pokolenia. Rodzina bez dziedzictwa jest stosunkiem nieokreślonym i męczarnią narzuconą człowiekowi przez opatrzność. Syn postępuje od punktu, w którym ojciec je zakończył. Sięga dalej w dziedzinę bogactwa i inteligencji – postęp społeczny. Nastoletniego wyrostka posłałem za granicę bez grosza i samego. Wyrósł na nowożytnego człowieka – nazwisko lekceważy. Synowie odeszli w świat – szukają nowej prawdy. Oni szlachta tworzyli, postęp i cywilizację – zwyrodnienie myśli.

Jako ojciec musiał iść do pracy do człowieka niskiego stanu, który doszedł do dyplomu i pieniędzy. Nic dobrego już w życiu oprócz śmierci. Piotr jedzie do Anglii! Nie wróci na mój pogrzeb. Zapomniałem jego głosu, on zapomni o mnie i będzie miał rację. Ojciec prowadzi dialog ze sobą obalając zmyślone argumenty syna. Gwizd pociągu, światło księżyca – ODDAJCIE MI GO!Teodor Bijakowski syn karczmarza z Krochmalnej w Warszawie kończy instytut Komunikacji wychwalany przez prasę, pożądany, jako partia wybiera córkę bogatego powroźnika. Byłby został onegdaj w swoim rynsztoku, gdyby nie stara panna, która kazała uczyć ulicznika. Był zdolny i zdał do gimnazjum, klasy kończył z nagrodami, potem Szkoła Główna i Instytut. Po śmierci starej znalazł inne wsparcie. 10 lat po skończeniu studiów miał wiele sukcesów i kilkadziesiąt tys. Rubli w lokatach. Zawsze ciągnął za sobą krewnych z Krochmalnej dając im protekcję. Teodor miał już willę na Krymie i piękną żonę, która w tym dostatku rozkwitła. Przybył do kraju budować kolej.

Tu przypałętał się do niego Dominik Cedzyna zatrudniony, jako nadzorca i poniżany przez Bijakowskiego stawał się na powrót dumny wracając do miasteczka i myśląc o synu. Czekał tylko na list, a kiedy ten przychodził czytał go na raty nawet 3 dni. Podczas prac Teodor zobaczył wzgórze bogate w węglan wapnia i glinę. Należała do majątku Juliusza Polichnowicza. Bijakowski zabrał Cedzynę i pojechali do Zapłocia. Majątek w ruinie, bieda. Właściciel ok 30 lat nie ma zysku z góry. Żąda jednak 800 rubli – dostał 100 i odda Żydom za długi. Smutny widok pól leżących odłogiem. Folwark za kilkaset rubli też kupił Bijakowski (marzył o starym rodowym domostwie i pałacyku na wzgórzu), ale topić pieniądze w pola i owczarnie? Cedzyna myślał, że osadzi go, jako zarządcę i powrócą na wieś. Jeszcze bardziej starał się zadowolić przełożonego. Ten jednak rozparcelował majątek i sprzedał osadnikom, Dominika osadził w dworku. Zaczyna się gorączkowa praca, budowa domostw, kopanie studni, uprawa. Na wzgórzu dymi już wapiennik – inżynier zebrał biedotę, którą przygarnął, pobudował im z odpadów domy. Pan Dominik został przyuczony do obsługi pieca i wydobycia gliny. Pracował od świtu do nocy. Zaczęły się wypadki przy łamaniu skał Pan Dominik zasypia nad ranem i śni koszmary – widmo syna tonącego pod lodem. Chce umrzeć. Słychać za oknem ruch robotników. Pukał do niego ktoś inny, nie brygadzista.

Inny głos to PIOTR! –nie rozmawia jednak z ojcem. Musi zasnąć 3 dni jechał. Cedzyna napalił w piecu, patrzy na syna i płacze. Piotr wstał o 10 tej. Nie chce jechać do Anglii a 300 franków odda profesorowi.

Po kilku dniach mrozów odwilż. Pan Dominik wraca z miasteczka chłopskimi saniami, wspominał dawne, bogate czasy, szczęśliwy, bo jest Piotr. Syna zostawił przy rachunkach. Zastał go smutnego – jednak wyjedzie do Hull. Widział rachunki ojca. Zarabiał on 300 rubli rocznie a wysyłał mu, co najmniej 200 razem 850. Stary zarobił, bo obniżył pensje robotnikom – nie mieli wyboru – przyjęli.

Piotr zamierza zwrócić różnicę robotnikom. Ojciec nie może tego pojąć i wypędza go PRECZ DURNIU. Po tym, jak młody pojechał stary poszedł z płaczem po jego śladach.

by Adam Mac Swan